Moze nie fachowo, ale skutecznie.
Zaczynalem od smaru grafitowego. Wg recepty ojca mego (oby zyl wiecznie!)
nalezy podgrzac puszke z tym olejem, uprzednio rozpiety i wykapany
[wykonpany] w benzynie lancuch zanurzyc na 1 zdrowaske, dac mu sie wysuszyc.
Nastepnie wszystko co sie da, zetrzec z lancucha. Opatrznosc czuwa, by w
zakamarkach zostalo dokladnie tyle smaru ile trzeba.
ALE: kupa pieprzenia sie, poza tym teraz lancuchow sie nie rozpina (?). A
jak wjechalem na piaszczysta droge polna, to od nowa - bo pyl wprost
uwielbia ten smar.
A teraz przyjalem wersje minimum, zreszta chyba genialna (hmm...,hm...):
Kupilem sobie taka 'wanienke' z obrotowymi szczotkami na kolkach. Zapinam to
na lancuch, nalewam benzyny, krece. Lancych czysty. potem pedzelek i
czyszczenie zebatek wszelakich. I TERAZ: kazde ogniwko lancuch zakropic (bez
zdremowania!) dowolnym lekkim, plynnym smarem. Gdy mialem motor, to bralem
olej silnikowy. Teraz mam jakies specjalne rowerowe oliwki. Ale chodzi o
idee: kropelki oliwy zamiast gestego tawotu.
Na trasie mozesz uzyc sprayu typu BT40 (czy jakos tak - do czyszczenia) i
zakropic sobie po raz drugi, po trzech dniach na deszczu.
PS. Czy wiecie, kiedy chlopczyk mial Pierwsza Komunie Swieta? Czas, ktory od
wtedy uplynal jest wprost proporcjonalny do kwadratu decybeli, ktore wydaje
skrzypiacy lancuch jego roweru.